POLECAM




saiyuki.gu.ma

- opowiadanie fanowskie na podstawie mangi Saiyuki, K. Minekury. Polecam, ponieważ to jedyne znalezione w sieci wypracowanie na ten temat. Nie dość, że jedyne to i jeszcze bardzo dobre. Zapraszam.





Księga
zobacz
dodaj

~~*~~

Anna Torrget

Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15

o bohaterce
od autorki

~~*~~


dodaj

Bywam u
oceny
purchawkowe-oceny (42/65)- ocena z 30.08.07
legiliments (20/55)
anabel-ela-oceny (52/70)
krytyczne (35/100)
ocenki-blogaskowe (80/100)

deviantART
Caitline
Kottie

opowiadania
"Oswoić smoka"
evenire-story
secrets-of-lilys-heart
"Never"
Naruto
integral
nienawidzę-cię-potter
ich-miłość



Archiwum
2007
styczeń (1)
luty (9)
marzec (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
grudzień (2)

2008
luty (1)
czerwiec (1)



Muzyka
























Szablon
i wszystko na tym blogu wykonałam ja. Kopiowanie etc. zabronione.
Jeśli obrazki Ci się nie włączają- odśwież stronę. Jeżeli nie wyświetlają się polskie znaki- zgłoś w księdze. Dziękuję.

Dopasowany do
IE/Firefox, 1024x768px






sobota, 21 czerwca 2008

Rozdział 15


Kochani!

To moje ostatnie wejście antenowe. Chciałam podziękować wszystkim, którzy przetrwali ze mną aż do końca. Blog zostawiam Wam, nie usunę go i nie porzucę.

Ten rozdział tworzyłam od lutego, z przerwami. Dziś witamy pierwszy dzień lata. Trochę długo musieliście czekać. Nie będę się tłumaczyć. Powiem tylko jedno: zapraszam do lektury ostatniego rozdziału Samogloski!

Będę za Wami tęsknić,
Ann



~~*~~


       - Co ty wyprawiasz?!- warknęłam, rozpoznawszy ciepłe, brązowe tęczówki. Poczułam się pewniej. – Nie masz lepszych rzeczy do roboty, niż robienie ze mnie idiotki? Nawet nie wiesz, jak mnie przestraszyłeś!
Dave nawet nie mrugnął.
- Bałaś się?- wyszeptał, ale nieswojo. Wzdrygnęłam się. Uśmiechnął się zupełnie inaczej, tak złośliwie. Zaśmiał się.
- Wiesz co?! To bolało! Jak możesz tak robić! Co ty sobie wyobrażasz?! Sam mówiłeś…
- Naiwna – warknął chłopak, celując we mnie różdżką. – Nic nie zauważałaś przez cały czas. – zaśmiał się chłodno.
- Nie rozumiem – zapytałam trzęsącym się głosem. Serce waliło mi w piersi tak mocno, sądziłam, że wyskoczy. – O co chodzi?
Chłopak złapał mnie mocno w okolicach łokcia, zaciskając mocno palce.
- Puszczaj! – warknęłam, próbowałam go odepchnąć. Gdy moje dłonie spotkały się z oparciem ławki, nagle straciłam nad nimi kontrolę. Nie mogłam ani nimi ruszyć. To samo stało się z nogami. Byłam jak związana, choć rzucałam się, nic nie mogłam zrobić. „Cholera, o co chodzi?!”
- Co to ma znaczyć?! – krzyknęłam.
- Uspokój się – mruknął. – To zaklęcie niewerbalne. Łatwe, ale najwyraźniej dla ciebie nie za bardzo – zakpił.
- T-ty… Ty… - zaczęłam, dysząc. – Cholera, co to ma znaczyć?! Jakim prawem…?! W ogóle, co ty sobie wyobrażasz?! Natychmiast mnie wypuść!
Znów się zaśmiał. Zbierało mi się na płacz.
- Dave…- jęknęłam. – Co ci strzeliło do głowy…? – byłam uziemiona. Siedział teraz naprzeciwko mnie, na tej samej ławce i patrzył prosto na mnie. Wciąż celował różdżką we mnie.
- Czy ty naprawdę myślisz, że interesowałbym się tobą, gdybym nie miał z tego żadnych korzyści, żadnych celów? – to nie był jego zwyczajny ton. Ten był przerażający, mroźny, zupełnie inny od tego codziennego. Zamrugałam.
- Co?
- Jesteś irytująca, wciąż uważasz się za najważniejszą na świecie, snobistyczna – warknął. – To był niezły ubaw, spotykanie się z tobą, granie dobrego chłopca. Ale zaczęło mnie już wkurzać. Wszystko. A ty najbardziej.
Mogłabym przysiąc, że zabrakło mi oddechu. Otworzyłam usta, nie mogłam nic z siebie wykrztusić. Chłopak przekładał różdżkę w palcach.
- Podaj mi chociaż jeden powód, dla którego miałbym zacząć się tobą interesować.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem, kąciki oczu zaczynały mnie piec jeszcze bardziej.
- Nie masz żadnych osiągnięć – zaczął znudzonym tonem. – Co chwilę wpadasz na szlabany, nie uprawiasz żadnych sportów, masz ze wszystkimi na pieńku, co chwilę masz jakieś pretensje, nawet nie jesteś atrakcyjna – zamknął oczy i uśmiechnął się znów złośliwie.
- T-ty… Cały czas… Cały czas oszukiwałeś…- wyszeptałam.
- Kłamałem, zgadza się - pokiwał głową. Otworzył nagle oczy. – Bo cały czas jest coś, co bardzo mnie interesuje…
Przysunął się tuż do mnie, zbliżył do mojej swoją twarz. Serce waliło mi jeszcze mocniej. Patrzył na mnie teraz spokojnie, z wielkim, niepojętnym zaciekawieniem, prosto w moje oczy. Zmrużył je lekko.
- Jak to robisz – wyszeptał – że nie mogę czytać twoich myśli?
- Co?! – wypaliłam. Teraz Dave przygryzł dolną wargę i odsunął się, lecz wciąż patrzył na mnie. Pokręcił głową.
- Jesteś taka… - zmrużył oczy - … dziwna. Zupełnie inna niż każda normalna nastolatka. Musiała mi się trafić ofiara losu… - westchnął. – Nawet złamać cię nie można psychicznie jak każdego.
- Co?! – zaczynało mnie to wkurzać. Gadał bez sensu. – Zwariowałeś… - uśmiechnął się tak maniakalnie, przestraszyłam się.
- Nie! Nie zwariowałem! Jak wreszcie z tobą skończę, dopiero oszaleję – zaśmiał się.
- Co?! Czemu?! – krzyknęłam przerażona. – Skończ wreszcie, przerażasz mnie! Zaczynasz mi działać na nerwach!
Dave spojrzał mnie z politowaniem.
- Ty nawet nie masz pojęcia co mówię, nie rozumiesz. Jesteś jak zawsze… tępa, niepojętna, sceptyczna – oczy mu się błyszczały, po chwili zamknął powieki i znów uśmiechnął się mściwie. – Nawet w tej chwili blokujesz swój umysł, pewnie nawet nie wiesz jak – mówił bardziej do siebie niż do mnie, nie rozumiałam… - Choć próbowałem złamać cię niejednokrotnie, to zawsze kończyło się jednym wielkim fiasko. Ona najnormalniej w świecie nie ma uczuć, cholera…
- Że co próbowałeś?- wypaliłam.
- Jeszcze jedno słowo – wycelował we mnie różdżką. – Ja nie żartuję, Torrget, jak się w końcu nie zamkniesz to cię zabiję tu i teraz, nie obchodzi mnie to.
- No to zrób to, bo tracisz na autorytecie, dupku! – wytrzeszczył na mnie oczy. – To nie jesteś ty, nie umiałbyś zabić, nie wiesz co mówisz… - to nie ja, ja tego nie mówię, to się nie dzieje, jakiś koszmar, co to, cholera, w ogóle ma być?!
- A co ty o mnie wiesz?!- krzyknął i zerwał się z ławki, wciąż celując we mnie. – Nic, cholera, nic nie wiesz! – wyglądał przerażająco – Jako jedyny trafiłem do Hufflepuffu! Rozumiesz, ty niepojętny wybryku natury?! Wszyscy trafiali do Slytherinu, tylko ja trafiłem do zasranego Hufflepuffu! Wyrzutek?! Nie! Nigdy, rozumiesz?! Ty jesteś w Slytherinie, a nic, dokładnie nic nie rozumiesz! Nic nie wiesz!
- Ześwirowałeś…
- Jesteś taka tępa!- podszedł do mnie i w jednej dłoni ścisnął mi mocno policzki. Szarpnęłam głowę. – Czy tak trudno się domyślić, że to ja cię nawiedzałem, próbowałem złamać twoją psychikę, wyzbyć cię emocji?! Wszyscy, dokładnie WSZYSCY, to widzieli! Wszyscy widzieli, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni! Tylko TY żyłaś w swoim wyimaginowanym świecie, gdzie wszyscy są szczęśliwi, gdzie nie istnieje zło, strach… - splunął na ziemię. – Żal mi ciebie.
Odszedł krok do tyłu, nie spuszczał różdżki. Drżałam na ciele.
- Aż do dziś, to był świetny plan, najlepszy – uśmiechał się znów maniakalnie. – Zerwać z tobą. A ty sama mi pomogłaś, to nie mogło być prostsze – zaśmiał się. – Pomylić jakiegoś frajera ze mną? Nie mogłaś gorzej trafić, a ja ku swojej uciesze, znalazłem się na miejscu. Plan był świetny, najlepszy…- ściszał głos. – Ale i tak nie mogłem dostać się do twoich myśli! – krzyknął pełen furii.
- Kurna, o co ci chodzi?! – warknęłam. – Po co chrzanisz te głupoty?! Masz rację, nie domyśliłam się, nigdy bym się nie spodziewała czegoś takiego od osoby… którą… - zamilkłam, bliska łez. Wreszcie zrozumiałam, że tak naprawdę się nie liczyłam dla Dave’a Turnera. Nie w tym wcieleniu, nie w tej rzeczywistości, nie w tym świecie… -… szanowałam, podziwiałam, uważałam za przyjaciela… - dokończyłam cicho.
Zaśmiał się mi prosto w twarz.
- Jesteś taka naiwna – powtórzył.
- Czego ode mnie chcesz? – mruknęłam. – Dlaczego znęcałeś się właśnie nade mną? Czy nie mogłeś znaleźć sobie jakiejś innej ofiary, a tę, cholera, głupiutką dziewczynkę ze Slytherinu, zostawić?!- to już wykrzyknęłam. Dave popatrzył na mnie z politowaniem.
- To nie zależało ode mnie – warknął. – Za dużo pytań zadajesz, za dużo chcesz wiedzieć… - zbliżył się do mnie. Moje serce waliło jeszcze mocniej, gdy odgarnął mi włosy z twarzy. Zaczęłam oddychać niestabilnie.
- C-co--?
Nachylił się, przyłożył dłonie do moich skroni, zacisnął powieki. Poczułam ból w tych właśnie miejscach, rozchodził się po całej czaszce. Krzyknęłam, słone krople powoli spływały po policzkach.
- Wiedziałem, że nie mogę zostawiać cię samego – cichy głos trafił do mojej głowy. Inny. To nie był Turner. Ból nagle ustał. Otworzyłam powoli oczy, spuściłam twarz. Oddychałam głęboko, pokręciłam przecząco głową. Podniosłam wzrok. Dave patrzył mi prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć: „Masz szczęście”. Po chwili wstał.
- Dłużej już nie mogłeś – warknął w stronę gościa. Spojrzałam, w pierwszej chwili nie mogłam go rozpoznać. Jęknęłam, widząc znajomą twarz… „Nie”
- W końcu to ty mnie prosiłeś – wzruszył ramionami. – Zimno tu. – rozejrzał się. – Co to za miejsce? – rzucił krótkie spojrzenie na ławkę i krzak jaśminu. Skrzywił się. – Nie sądziłem, by ktokolwiek pamiętał o tym miejscu w czasie zimy.
- Sentyment – zaśmiał się Dave złośliwie. – Niektórzy pamiętają…
Rozmowa toczyła się tak, jakby mnie tam właściwie nie było.
- Zostań tu przez chwilę – Turner mruknął w stronę blondyna, schował różdżkę i podszedł do adresata tej wypowiedzi. Mruknął coś, Draco wpatrywał się we mnie, po chwili pokiwał głową. Turner odszedł nie oglądając się za siebie. Malfoy otulił się szczelniej szalikiem. Nie wyjął różdżki, nie robił żadnych gwałtownych ruchów, nie krzyczał… Podszedł ostrożnie i usiadł na ławce, obok mnie.
- Jest ci zimno? – wyszeptał.
- Co cię to obchodzi, padalcu! Mogłam się po tobie tego spodziewać! – krzyknęłam i odwróciłam twarz. – Jezu… To się nie dzieje… -wyszeptałam do siebie. Malfoy przyglądał się mi spokojnie. Łokcie oparł luźno o kolana.
- Powiedz mu to, co chce wiedzieć, a da ci spokój… - mruknął.
- Co?! Ty też?! O co wam wszystkim chodzi?! – warknęłam. Czułam się beznadziejnie. Nikt, naprawdę się nie interesuje, gdzie się podziałam? Błagam, niech ktoś mnie znajdzie, błagam… Może to właśnie on? Nie…
- Draco…- wyszeptałam. – Powiedz mi: dlaczego?
Nastało milczenie. Śnieg wciąż prószył, dłonie mi zsiniały, usta także… Było mi zimno. Westchnęłam, odchyliłam głowę do tyłu i zaśmiałam się. To był tak żałosny, bezsilny śmiech. Bez nadziei.
- Wiedziałeś od początku – powiedziałam śmiejąc się. Łzy powoli spływały mi po twarzy, usta drżały z zimna. – Wiedziałeś o nim, prawda?
- Ann…
- Po co ja się głupio pytam, przecież to jasne. No tak, przecież ty też… hm… tak dokładniej, to nie wiem o co chodzi, ale raczej się nie dowiem…
- Ann…!
- Jezu, jak mogłam się tak pomylić…
- Ann, zamknij się wreszcie! – warknął.
- No tak, oboje tacy sami… -mruknęłam. – A, no tak, ty też mnie zabijesz, jak powiem coś, czego nie chcesz usłyszeć? – zaśmiałam się złowieszczo, w ogóle nie jak ja… - Jak widać Turner już dawno to zrobił, przewracam się w grobie… Ha, ha, ha…
- Torrget! – złapał mnie za ręce, które wciąż były przytwierdzone do oparcia ławki, nie mogłam nimi ruszyć. – Mogłabyś przez moment mnie posłuchać?!
- Jasne, mów – mruknęłam obojętnie. – I tak nie mam co robić, wiesz, to tak na marginesie, jakbyś nie zauważył.
- Przepraszam cię - powiedział. – Chcę, żeby to było jasne.
Zamknęłam oczy i westchnęłam. Zacisnęłam wargi. „Świetnie”
- Wiedziałem od początku – ciągnął. – Próbowałem ci jakoś powiedzieć, ale stchórzyłem, nie potrafiłem.
Nadal milczałam, próbując przyswoić jego słowa.
- Pamiętasz kartkę z naszym zdjęciem?
Jak on w takiej sytuacji może o tym myśleć?! Czy przypadkiem w ogóle nie zauważył, co się tu dzieje?! Milczałam.
- To… – zaczął jakby się wahał, spojrzał na mnie – wydarzyło się naprawdę.
- CO?! –wypaliłam. – Co ty bredzisz?!
- Słuchaj, to nie tak – przetarł dłonią twarz. – Nie pamiętasz tego, bo… rzucił na ciebie zaklęcie zapomnienia…
- Co?! – otworzyłam szerzej oczy. – Przestań ze mnie kpić, nie zniosę tego ni minuty dłużej!
- Turner, to on tam był. Przyszedł w nocy, jest animagiem. Prosił mnie, żebym to zrobił… Chciał cię złamać psychicznie… - urywał co chwilę, nie patrzył na mnie. Przez moment wciąż milczałam. Patrzyłam na niego tępo.
- Przepraszam – mruknął. – Sadziłem, że powinnaś wiedzieć. Tylko pocałunek był prawdziwy, reszta plotek jest wyssana z palca.
- Wy… -zaczęłam. – Zrobiliście z igły widły… Z mojego życia- pośmiewisko – wyszeptałam. – Nażarłam się stresu, nie mogłam się skupić na nauce, bo moje życie uczuciowe, jeśli w ogóle istniało, zaczęło się walić… przez was. A wy z zimną satysfakcją, bez zahamowań wgnietliście mnie w dno. Jezu… – zamrugałam i spojrzałam na niego ze wściekłym uśmieszkiem. – I to wszystko po to, żebym siedziała teraz na tej cholernej ławce, obok padalca, uziemiona, bez możliwej żadnej formy obrony, wokół więcej śniegu, niż tlenu, jak dla mnie minus osiemset stopni. Jezu… - drżałam. – I po co to wszystko? Co wam zrobiłam, co chcecie zrobić mi?
Zamilkłam na moment. Żadnej reakcji ze strony Malfoy’a.
- Nie mam już siły – wyszeptałam. - Na nic, na wasze sztuczki, gierki i inne pierdoły. Jestem pewna, że to uczucie jest ci obce, ale postaram się je opisać, chcesz posłuchać?
Nie czekałam na odpowiedź.
- Jakbyś się nagle powiedział, że to, co chciałeś ochraniać przez cały czas, co miało dla ciebie jakikolwiek sens, nagle ktoś ukradł, co byś czuł? Albo gorzej – mówiłam cicho, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu – jakbyś się czuł, gdyby twoją rodzinę wymordował Voldemort, dlatego, że nie chciałeś przejść zerwanego mostu? Czy to nie jest sytuacja bez wyjścia? Gdybyś przeszedł, co jest raczej niemożliwe, możliwe, że oni by nie zostali zabici i ty także, ale jak zostaniesz po drugiej stronie, zginiesz i ty, i twoi bliscy. Cholera, gadam bez sensu – mruknęłam i pokręciłam głową.
Malfoy westchnął i z zamkniętymi oczami pokręcił głową. Zdjął swój szalik i owinął mi wokół szyi.
- C-co--?

       - Musimy się pospieszyć! – warknął Dave, prowadząc mnie i Malfoy’a przez trawnik. Spojrzałam w niebo. Księżyc zasłonięty przez chmury, śnieg padał cały czas. Nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Szłam, choć najchętniej bym uciekła. Patrzyłam pusto przed siebie, nogi same się poruszały. To tak, jakbym była uwięziona w środku robota, nie mogąc się wydostać, nie mogąc nim jakkolwiek pokierować. Imperius…? W Hogwarcie…?
       Draco popchnął mnie lekko w przód.
- Turner, ona nie dojdzie, spójrz – powiedział Malfoy.
- Nie obchodzi mnie to – warknął brunet, nawet się nie odwracając. – Dojdzie.
Nie mogłam nic powiedzieć, nawet poruszyć ustami.
- Nie wiesz, w co się pakujesz – zaczął blondyn.
- Za późno- warknął drugi. – A chyba po coś mam ciebie, bo ty…
- No, co ja?!
Dave zaśmiał się.
- W końcu zabierzesz się i swoje serce z piernika, z mojej ścieżki. Ja pójdę dalej, ty skończysz tak jak ona – mruknął Turner i splunął na ziemię. – Pośpiesz się, chyba, że zawracasz… - odwrócił się i spojrzał wyzywająco na Draco. Malfoy zmrużył oczy.
- Nie zawracam…

       Staliśmy tuż za bramą. Dave wyglądał na pewnego siebie i bardzo zadowolonego. Byłam zmęczona. Ciągnęli mnie tutaj cały kawał, przez śnieg. Bałam się, ale to przestało mieć znaczenie. Dopuściłam do siebie tę myśl, że, gdziekolwiek mnie zabierają, nie jest tam bezpiecznie, a oni nie mają pokojowo nastawionych stosunków.
- Zrobimy tylko jedną próbę – rozkazał Dave. – Może być ciekawie…
- Nie uda się – mruknął Draco. Brunet go zignorował. Podszedł do mnie. Nie mogłam uciec, nie mogłam się wciąż poruszać. Turner stanął za mną i objął mnie w pasie, położył głowę na ramieniu. Malfoy wstał jak wryty.
- Podejdź tu, idioto – warknął Dave. Drżałam, oddychałam niespokojnie. Co to ma znaczyć?!
Draco złapał bruneta za ramię. – Może być ciekawie… - wyszeptał znów Dave. Nagle świat zawirował, zrobiło mi się niedobrze. Żołądek przewrócił mi się, a po chwili wrócił do poprzedniej pozycji. Obraz wirował przed oczami, zacisnęłam mocno powieki. Unosiliśmy się? Nie, to nieprawda…
Otworzyłam oczy. To dziwne, że akurat je mogłam kontrolować… Znajdowaliśmy się nadal za bramą, tylko w innym miejscu. Dave puścił mnie, ale nie odszedł. Zaśmiał się. „Z czego on się cieszy?!”
- Malfoy, jesteś cały?
Draco kiwnął głową i spojrzał na mnie. Turner westchnął, znów mnie objął.
- Jeśli wyjdziemy z tego w jednym kawałku…-mruknął, a świat wokół znów zawirował. To samo uczucie, co niecałą minutę wcześniej. Żołądek znów wykonał salto. Otworzyłam oczy. Dave kurczowo trzymał mnie w pasie. W końcu puścił i westchnął. Rozejrzał się.
- To tutaj – wyszeptał Draco wpatrzony przed siebie. Przez moment o nim zapomniałam. Dave uśmiechnął się podle. Próbowałam się rozejrzeć. Było ciemno. Znajdowaliśmy się w lesie. Tak, po prostu w lesie. Pośród ośnieżonej ściółki, wystających gałęzi, straszących konarów i czarnych pni. Dave popchnął mnie lekko i, choć wcale nie miałam zamiaru, ruszyłam przed siebie. Szłam pierwsza, czując się trochę jak tarcza, która zaraz miałaby ochronić pozostałą dwójkę przed jakimś nieznanym zagrożeniem. Serce waliło mi szybko, wystukując krótko głuche odbicia. Pulsowało mi tak samo g a r d ł o. Oddychałam równie pośpiesznie.
       Zdawało się, że idziemy tak już kilka dni, tylko że słońce także nie chciało tu być. W pewnym momencie nogi przestały mi się zapadać w mokrej glebie, pod podeszwami poczułam twarde, przykryte śniegiem kępki trawy. Las się skończył. Nagle się zatrzymałam. Serce znów podskoczyło mi do gardła. Oddalony o niecałe dwadzieścia jardów stał domek. Domek w środku lasu. Wyglądał jak chatka na jednej nóżce z bajek braci Grimm. Tyle, że nie był ani z piernika, ani na jednej nóżce, tylko na mocnej palisadzie, do drzwi którego prowadziły schody. Wewnątrz budynku panowała ciemność. Tylko w jednym oknie tliła się wątła jasność, jakby zapalony knot świecy czekający powoli na swój koniec. Przełknęłam ślinę w zaschniętym gardle i po chwili zarejestrowałam, że… Tak! Mogę się poruszać! Mogę krzyczeć, biec, skakać… Nareszcie mogę! Jednak przeliczyłam szanse, że uda mi się stąd zwiać. Były bliskie zera.
       Rozbolały mnie kości, mięśnie, głowa, jakbym nie ruszała się od kilku lat. Jak przykuta do łóżka, bez możliwości jakiegokolwiek postępku. Nogi zrobiły mi się jak z waty, nie potrafiłam się utrzymać. Opadłam na śnieg. Dave podszedł do mnie i silnym, wręcz brutalnym ruchem pociągnął mnie za ramię w górę. Wydawało mi że zaraz je urwie.
       Pomiędzy Draco i Davem przed drzwiami chatki. Tuner z wahaniem je popchnął. Te skrzypnęły, jakby chciały obudzić domowników i cały las przy okazji. Intuicja podpowiadała mi, że w środku nie znajdziemy nic dobrego. Przeszliśmy przez wilgotną, małą sień i stary drewniany łuk. Znaleźliśmy się w pokoju, jeśli można to tak nazwać, który jako jedyny był oświetlony. Dave wszedł jako pierwszy, Draco popchnął mnie lekko; także się ruszyłam. Malfoy zamykał ten łańcuch. Patrzyłam na swoje stopy. Nagle, jakby jakieś wielkie cielsko runęło na podłogę. Spojrzałam przed siebie. To Dave upadł na kolana jak rażony prądem. Serce znów podskoczyło mi w okolice tchawicy. Draco schylił się nisko. Rozejrzałam się i wtedy… zobaczyłam to. Zabrakło mi tchu, żeby wybuchnąć krzykiem, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, gdy chciałam uciekać. Stałam wbita w podłogę, drżąc. Jeśli kiedykolwiek zaznałam strachu, dopiero teraz znam jego pełne imię. Nazywało się Lord Voldemort.
- To ma być krótko? – usłyszałam wysoki, skrzypiący głos, jakby tysiące obgryzionych paznokci drapało tysiące czarnych tablic w tysiącach salach lekcyjnych.
- S-starałem się, panie… - Dave brzmiał jak skamlający pies.
Voldemort wyminął go. Czerwone oczy, jak szparki węża, spłaszczone nozdrza i biała skóra. To, co zauważyłam jako pierwsze. Wyglądał jak posąg, wyjątkowo paskudny z wyjątkowo zimnego kamienia wykuty.
- Anna Snape, córka Severusa Snape’a, coś podobnego – sarknął. Wiedziałam, że patrzy na mnie. Nie mogłam spuścić wzroku. Nie mogłam nic. – To prawda, że opanowałaś całkowicie mimifancję.
To nie było pytanie. Byłam zbyt przerażona, by móc cokolwiek powiedzieć.
- Wciąż ma zamknięty umysł – warknął Voldemort w stornę Dave’a.
- Starałem się jak umiałem – wykrztusił chłopak. Draco stał prosto i patrzył na nich skamieniałym wzrokiem, bez żadnego wyrazu na twarzy.
- To nie jest dobrze wykonane zadanie – powiedział mag. – Avada Kedavra!
Z końca jego różdżki pomknął strumień zielonego światła i ugodził prosto w Dave’a. Ten pod wpływem klątwy, odrzucił się do tyłu i upadł nieruchomo.
       Usiłowałam nie krzyczeć. Oddychałam jak na wyścigu, oczy wypełniły mi się łzami. Zacisnęłam palce na kurtce, objąwszy się ramionami w pasie. Schyliłam głowę. Nie mogłam się poruszyć. Ani uwierzyć.
       Draco stał niewzruszony.
- Dołącz do mnie – powiedział Voldemort zwracając się do mnie. – Będziesz mogła wszystko. Wszyscy wiemy, jak bardzo kochasz swojego ojca, będziesz mogła mu to okazać. Dołącz do mojej wielkiej armii, pokażę ci prawdziwy świat. Świat, w którym nie istnieje dobro ani zło.
       Zakryłam dłonią usta i nos, czując jak wnętrzności tańczą i przewracają się gdzieś w środku. Drżały mi ręce. Bałam się.
- Nie jestem cierpliwy – dodał ostrzej Voldemort. Nie mogłam nic z siebie wciąż wykrztusić. Spojrzałam na nieruchome ciało Dave’a i znowu ogarnęła mnie fala żalu. Nabrałam powietrza i opuściłam ręce. Podniosłam twarz i spojrzałam z lękiem w czerwone, puste oczy maga.
- Nie – wyszeptałam.
- Co powiedziałaś?
Uklękłam przy ciele Dave’a. Łzy spływały mi po policzkach, brodzie. Chwyciłam jego zimną dłoń i przyłożyłam sobie do skroni. Załkałam, patrząc w otwarte, przerażone oczy chłopaka. Powiększone źrenice, matowy wzrok. Smutek malowany na twarzy.
- Nie – powiedziałam głośno. – Nie będę twoim sługą!
Ostatnie co zobaczyłam, to wzrok Draco utkwiony we mnie. I zielony błysk. Ciemność.

Skomentuj. 3 osób już to zrobiło.